Czytam sobie
Starcie Królów, drugą część
Gry O Tron i jestem coraz bardziej zła. Bo chciałabym już wiedzieć jak się skończy a tu tyle do czytania jeszcze... Myślę, że w tym wypadku zerkanie na ostatnie zdanie nie przyniesie oczekiwanego skutku. Za dużo tu wątków, postaci. Swoją drogą moja opinia na temat tego..sporego dzieła ulega zmianie. Tzn w dalszym ciągu uważam, że stoi poniżej
Władcy i
Mgieł, jednak w miarę, jak utwór się rozrastał, samemu autorowi zaczęły chyba przychodzić do głowy tematy i opowieści tworzące cały ukazany świat a nie tylko urywek z jego historii. Z czasem zatem pojawiają się motywy tradycji, podań świadczących o dłuższej historii -nie tylko to, że ród ma swoją historię ale te historie konkretnie. I w końcu nie czyta się tego jak opowieść osadzoną w czasach średniowiecza lecz jak opowieść dotyczącą zupełnie innego kontynentu, nie istniejącego na Ziemi, mającego swoją własną kartę w dziejach, własną kulturę. Nom... Podoba mi się. Zresztą od pierwszej strony mi się podobało, od okładki emanowało coś, co kazało mi biegać po Krakowie po pieniądze, których akurat nie miałam, gdy zobaczyłam książkę, i nadal znajduję w niej coś, co każe mi jeździć po Krakowie (teraz to już będzie cała wyprawa do Krakowa) w poszukiwaniu kolejnego tomu.
I chyba tak właśnie powinno być.. Że dostrzegamy coś, co każe nam zrobić wszystko, by to mieć i co nie pozwala naszej fascynacji przeminąć z chwilą wejścia w posiadanie danej rzeczy. Przecież te chwile jak biegałam po pieniądze i z powrotem do księgarni by zdążyć, by jeszcze była, czekała na mnie, ten moment gdy bierze się ją do rąk i chłonie najpierw wygląd oczyma a końcami palców chropowatość kartek.. Ten moment jak euforia. Taki cudny niepokój, że nie ma się wielu pieniędzy, że nie powinno się ale...ale się musi bo to jest TAKA książka. Ta świadomość, że będzie się żałowało ale trzeba.. Zupełnie jak miłość. Ale ta nie ma prawa już się zdarzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz