Jak zwykle dzień kompletnie nieplanowany i od rana spisany na straty, okazuje się wypełniony jakimiś dziwactwami:) I pięknie jest :)
Regina przyjechała. Oczywiście każe czekać na siebie pół godziny (szalenie nie lubimy jak ktoś się spóżnia) ale tak śmiesznie-piski, uściski (o rany...) Pięknie jest. Tylko, że moja pamięć jak zwykle ma problem z przypomnieniem sobie tematów- a się tak uśmiałam wczoraj... Bo Regina musiała się wykazać uczciwością i -mimo, że mogła- nie wyrwała książek z okładek w austriackiej bibliotece.. No...Jakże mogła tak... Qura też....co to ona mówiła.. Zresztą-starczy, jak się zachowuje i jak wygląda (tu rację przyznać należy Mańce Zelocie). Rozmowa telefoniczna z Manią... I jeszcze z Manią przez komórkę równocześnie... Mania- Żyd jeden- jest tu i nie dzwoni (dobra, ja też nie), no ale.. I tak fanie po czasie posłuchać co to ona znów wymyśliła.
Alex rozmawia po polsku (łamanym polsku) ze mną i ja czasem Ich verstehe nicht :) Ale co tam. I pobawiłam się aparatem. Gut, gut :)
Pieknie z Pawłem- no to już jest...chodząca ironia i złośliwość i chamstwo, które ni stąd ni z owąd (jak to wyrażenie się pisze to ja pojęcia nie mam i wybaczyć mi proszę) które nagle pokazuje taką...troskę i zainteresowanie..Elementy współczucia? Hm... Tak czy inaczej to mały złośliwiec i nie lubię go- ooo tak...Nie lubię go. Co zreszta wzajemne i na kilometr odczuwalne :) Ale wybaczam mu. Co by nie było- w imię starych czasów Dąbia i powrotów na pieszo z Free.
Nawet Korp Josef kochany- no namawiać do dezercji i by nie było nawet gdy będzie.. Stateczność i powaga ze znudzeniem mixtet :) Prawie zasnęłam ale.. Mily to Szanowny Pan.
Czy ja wczoraj widziałam jakiś film?? Nie raczej. Mam zaległości, by opisać wcześniejsze ale zrobię to. Oooo- i znalazłam cudny blog. Szukać go chyba należy pod The Argentina Adventure? Popatrze i dam link- dla mnie samej nawet :) eh...zobaczyć Brazylię i umrzeć.. Zobaczyć Norwegię i jej fiordy i polecieć z nich w dół... Tak można- nie wcześniej.
wtorek, 24 kwietnia 2007
piątek, 20 kwietnia 2007
Filmy, filmy...
Rewelacja, że jestem w swoim żywiole i mogę tyle obrazów zobaczyć, tyle dźwięków pochłonąć, tyle, że nie wiem jak to się dzieje, iż owszem, czas by obejrzeć jakoś wykombinuję, ale by opisać i coś na temat scribere.... Z tym już gorzej. Na niby recenzje czekają :
1) Pojedynek
2) Granatowy prawie czarny
3) Zodiak
4) Notatki o skandalu
5) Cesarzowa
6) Niewidoczni
7) o rany, pamięć ma nie zachowała innych rzeczy, które oczy me widziały. Ale wiem, że przypomnę sobie :)
W chwili obecnej znów nie bardzo jest czas, by pisać o tym dokładniej, ale przynajmniej odnotowane i wiadomo do czego wracać należy. :)
A z innych rzeczy wartych szybkiej wzmianki : szczęście. Niesamowicie dobry humor. Licho wie skąd, zresztą kto by się tym przejmował. Ważne, że człowiek skacze, tańczy, ciągle nuci coś pod nosem i uśmiecha się jak mysz do sera (nie wiem skąd te powiedzenie ale jest takie... fajne) -no więc bez względu na żródło owej radości wewnetrznej, trzeba się skupić na korzystaniu zeń, nie zaś analizie jej przyczyn :)
Jak zwykło się mawiać niektórym ( vide- ego) Radość ma się w sobie i emanuje nią na zewnątrz :)
1) Pojedynek
2) Granatowy prawie czarny
3) Zodiak
4) Notatki o skandalu
5) Cesarzowa
6) Niewidoczni
7) o rany, pamięć ma nie zachowała innych rzeczy, które oczy me widziały. Ale wiem, że przypomnę sobie :)
W chwili obecnej znów nie bardzo jest czas, by pisać o tym dokładniej, ale przynajmniej odnotowane i wiadomo do czego wracać należy. :)
A z innych rzeczy wartych szybkiej wzmianki : szczęście. Niesamowicie dobry humor. Licho wie skąd, zresztą kto by się tym przejmował. Ważne, że człowiek skacze, tańczy, ciągle nuci coś pod nosem i uśmiecha się jak mysz do sera (nie wiem skąd te powiedzenie ale jest takie... fajne) -no więc bez względu na żródło owej radości wewnetrznej, trzeba się skupić na korzystaniu zeń, nie zaś analizie jej przyczyn :)
Jak zwykło się mawiać niektórym ( vide- ego) Radość ma się w sobie i emanuje nią na zewnątrz :)
wtorek, 17 kwietnia 2007
Tak własnie
Jak zwykle plany nic nie dają- wszystko teraz ma wyglądać nieco inaczej- miłość do ryżu (co tam miłość-namietność dzika!!) powraca znów. Ale nie ma długów, póki co. Rowy za tydz czekają. Ale co tam. Ważniejsza wiadomość, że jest już Amelka. Pogramy jej na gitarze, pośpiewamy, opowiemy coś fajnego, wyśmiejemy małą glizdę :)
Strach przed Rowami stopniowo narasta, ale wiem, że nic mi nie grozi. Nic się nie stanie- nie może. Unik jest metodą. Nie ma już rycerza, który mnie obroni.
Przykrość i smutek, gdy ktoś mimo prośby nic nie wyjaśnia a inni nie reagują wcale, tylko takie grzecznościowe "a co u Ciebie" ... Jak można tak. Przecież to niezręczne. Więc zamiast udawać, zrywamy kontakt- taka..specyficzna ale właściwa niektórym taktyka (własciwa u mnie), by nie stawiać innych w dziwnych sytuacjach i siebie gdy nie wiedzą co robić, co powiedzieć. Skoro nie panuje się nad..spontanicznym słowem, które wyrywa się w końcu z głowy, to lepiej pozbyć się namiarów na ludzi. Zresztą, te osoby i tak się nie zorientują.
Nadchodzi etap, gdy wszyscy inni są niepotrzebni. Nic nie dostajemy więc nic nie dajemy z siebie. Bycie sukinsynem (czy też wyrachowaną, zimną suką) zdecydowanie popłaca :)
Co do filmów...GRANATOWY PRAWIE CZARNY. Piękne było, że wyszło spontanicznie, a jeszcze piękniejsze, że po seansie przystanek Free przy piwie i...Każdy się uśmiechał ale nie wypowiadał opinii poza jedną-film podobał się i jeszcze raz. Cisza i uśmiechy. Analizowanie obrazu, trawienie go- każdy sam w sobie, bez natychmiastowego zmuszania do rozmowy. Taki stan, jak zakochanie.. Najpierw ma się to tylko w swojej głowie, samemu wszystko się układa, uśmiecha do myśli, pózniej dopiero wypuszcza je na zewnątrz. I to było piekne. I za to dziekuję E. A. M.
Strach przed Rowami stopniowo narasta, ale wiem, że nic mi nie grozi. Nic się nie stanie- nie może. Unik jest metodą. Nie ma już rycerza, który mnie obroni.
Przykrość i smutek, gdy ktoś mimo prośby nic nie wyjaśnia a inni nie reagują wcale, tylko takie grzecznościowe "a co u Ciebie" ... Jak można tak. Przecież to niezręczne. Więc zamiast udawać, zrywamy kontakt- taka..specyficzna ale właściwa niektórym taktyka (własciwa u mnie), by nie stawiać innych w dziwnych sytuacjach i siebie gdy nie wiedzą co robić, co powiedzieć. Skoro nie panuje się nad..spontanicznym słowem, które wyrywa się w końcu z głowy, to lepiej pozbyć się namiarów na ludzi. Zresztą, te osoby i tak się nie zorientują.
Nadchodzi etap, gdy wszyscy inni są niepotrzebni. Nic nie dostajemy więc nic nie dajemy z siebie. Bycie sukinsynem (czy też wyrachowaną, zimną suką) zdecydowanie popłaca :)
Co do filmów...GRANATOWY PRAWIE CZARNY. Piękne było, że wyszło spontanicznie, a jeszcze piękniejsze, że po seansie przystanek Free przy piwie i...Każdy się uśmiechał ale nie wypowiadał opinii poza jedną-film podobał się i jeszcze raz. Cisza i uśmiechy. Analizowanie obrazu, trawienie go- każdy sam w sobie, bez natychmiastowego zmuszania do rozmowy. Taki stan, jak zakochanie.. Najpierw ma się to tylko w swojej głowie, samemu wszystko się układa, uśmiecha do myśli, pózniej dopiero wypuszcza je na zewnątrz. I to było piekne. I za to dziekuję E. A. M.
wtorek, 10 kwietnia 2007
Dom....
O tyle straszne, że dom zawsze powinien być azylem. Bezpieczeństwem. Ja zawsze uciekam i bezpieczna czuję się w Krakowie- jakoś tak....Nie ma presji, jest konieczność radzenia sobie -owszem, ale jest też niezależność, wolność od tłumaczenia się dlaczego to tak a nie inaczej. Dom.. Plus , że normalne jedzenia- poważnie nie pamiętam kiedy miałam 3posiłki i wyglądające tak...przepisowo a nie...E 317 i podobne. Ale poza tym... Nie czuję ,że to moje miejsce. Ale co gorsze- po raz pierwszy od tylu lat wyjazd do Krakowa nie jest postrzegany jako ucieczka z ograniczeń na wolność, jak ucieczka z przykrych Rowów, męczących i czasem niebezpiecznych do swobodnego Krakowa gdzie można być sobą i nie bać się. Teraz.. Trzeba udawać, śmiać się gdy brak ochoty, kulić się na ulicy bo nie chce si kogoś spotkać.
Po raz pierwszy to przejście z jednej klatki do drugiej. I boję się- nie czuję radości.
Po raz pierwszy to przejście z jednej klatki do drugiej. I boję się- nie czuję radości.
piątek, 6 kwietnia 2007
Hm..ciągle Kraków...
Miasto Kraków jakoś tak dziwnie trzyma mnie na miejscu.. Chce stąd wiać na dłużej, opuścić gród ale jak co do czego to mam problemy z wyjazdem do domu. Po wczorajszym zdecydowanie nie jestem ulubioną córką swoich rodziców- pomińmy fakt, że nigdy takową nie byłam.
czwartek, 5 kwietnia 2007
Przed świętami meldunek
Tak właśnie- należałoby coś napisać przed wyjazdem. Nalezałoby też zacząć się pakować, ale to coś czego tygryski nie lubią najbardziej. Wyjazd wczorajszy przełożony na dziś. Taka nadzieja, że większość krakowskiego społeczeństwa opuściła gród Kraka wczoraj i dzięki temu dziś pociąg relacji Kraków- Kołobrzeg (ze stacją docelową po 12godz jazdy- o rany) nie będzie tak zapakowany. Walczyć o miejsce między ciastami, plecakami i jajkami.. Niee. Cóz..Słodkie czasy podróżowania pierwszą klasą za cenę 3piw minęły bezpowrotnie. Teraz wyjazd to suma 3 niezłych książek :/ W drugiej klasie. Boli.
Należy jednak odnotować godny uwagi fakt- po raz pierwszy od baaaardzo dawna wyjazd do domu wiąże się z radością- po spłaceniu długów znów sezon na ryż więc wyruszamy po wsparcie w postaci domowych wypieków i czegoś tam jeszcze. Strasznie przykro w takiej chwili, że to tak daleko i pewnych rzeczy nie można zabrać ze stołu (zepsucie w czasie podróży), jednak.. Zawsze to coś. I mięso będzie proszę państwa!! Może na jeden dzień wyjdę z anemii.
Co jeszcze czeka? Spotkanie z ludzmi- w zeszłym roku wyszło to bardzo sympatycznie :) Aż niebezpiecznie dla mnie (słaba głowa, słaba) ale tak miło ich zobaczyć. Tak.. Zobaczyć jednych, innych unikać.
Tyle jeśli o wyjazd chodzi.
Za mną kilka dni nic-nie-robienia. Słodkie to było. Zabawy na Retoryka- wymiana mieszkaniowa, stomatolodzy rozprawiają i przegłupich horrorach z mordowanymi lalkami, jakichś nekrofileusach i innych, wybierają się na oglądanie porodu (no co za zajęcia!!), walczymy z kotem (ktoś w końcu zje Edkę), nadrabiamy kontakty z Pawłem, w końcu widzimy jakiś film. Nawet w przypływie bardzo pozytywnych myśli człowiek stara sie wyciagnąć rękę do kogoś, kto wbił sztylet (w zasadzie maczetę) prosto w serce i cóż? Wspaniałomyslność, dażenie do pogodzenia się ze światem i próby odnalezienia w nim swojego miejsca na nowo, odnalezienia wiary w siebie, kończą się niestety porażką. Tak- świadomośc tego, że jest się niczym, nie jest budująca.
A co do filmów- 300, no przykro mi bardzo, ale rozczarowuje. Pięknie zrealizowane jeśli chodzi o obraz, muzyka,,, No dla mnie idealna, zwolnione ujęcia gdy Leonidas niszczy Niesmiertelnych.. Wizualnie cudo. Ale czegoś tam po prostu brakuje.. Większych emocji. I przykre ale dramat żony-królowej jakoś nie jest w stanie tego nadrobić. Obejrzeć, niemal zapomnieć.
Praca chwilowo w zawieszeniu, wracamy po świętach i znów. Dzień będzie miał nastepujący plan- budzę się, otwieram oczy, zajęcia, praca, powrót, czytanie i sen, i znów zajęcia, praca, powrót, sen. W pon, w sob urozmaicenie w postaci zobaczenia ludzi, wyjścia na godz na piwo. Filmy znów przestaną istnieć. Ciągle praca. I tylko pytanie- po co? Jedziesz o 23 z Huty pustym tramwajem przez godzinę i.. kogo obchodzi czy dojedziesz spowrotem? Nikt się już nie martwi czy dasz radę, czy masz siłę, czy się nie boisz tak póżno, sama.. Po co to wszystko?
Trzeba się pakować- to coś, czego nie lubimy najbardziej.
Należy jednak odnotować godny uwagi fakt- po raz pierwszy od baaaardzo dawna wyjazd do domu wiąże się z radością- po spłaceniu długów znów sezon na ryż więc wyruszamy po wsparcie w postaci domowych wypieków i czegoś tam jeszcze. Strasznie przykro w takiej chwili, że to tak daleko i pewnych rzeczy nie można zabrać ze stołu (zepsucie w czasie podróży), jednak.. Zawsze to coś. I mięso będzie proszę państwa!! Może na jeden dzień wyjdę z anemii.
Co jeszcze czeka? Spotkanie z ludzmi- w zeszłym roku wyszło to bardzo sympatycznie :) Aż niebezpiecznie dla mnie (słaba głowa, słaba) ale tak miło ich zobaczyć. Tak.. Zobaczyć jednych, innych unikać.
Tyle jeśli o wyjazd chodzi.
Za mną kilka dni nic-nie-robienia. Słodkie to było. Zabawy na Retoryka- wymiana mieszkaniowa, stomatolodzy rozprawiają i przegłupich horrorach z mordowanymi lalkami, jakichś nekrofileusach i innych, wybierają się na oglądanie porodu (no co za zajęcia!!), walczymy z kotem (ktoś w końcu zje Edkę), nadrabiamy kontakty z Pawłem, w końcu widzimy jakiś film. Nawet w przypływie bardzo pozytywnych myśli człowiek stara sie wyciagnąć rękę do kogoś, kto wbił sztylet (w zasadzie maczetę) prosto w serce i cóż? Wspaniałomyslność, dażenie do pogodzenia się ze światem i próby odnalezienia w nim swojego miejsca na nowo, odnalezienia wiary w siebie, kończą się niestety porażką. Tak- świadomośc tego, że jest się niczym, nie jest budująca.
A co do filmów- 300, no przykro mi bardzo, ale rozczarowuje. Pięknie zrealizowane jeśli chodzi o obraz, muzyka,,, No dla mnie idealna, zwolnione ujęcia gdy Leonidas niszczy Niesmiertelnych.. Wizualnie cudo. Ale czegoś tam po prostu brakuje.. Większych emocji. I przykre ale dramat żony-królowej jakoś nie jest w stanie tego nadrobić. Obejrzeć, niemal zapomnieć.
Praca chwilowo w zawieszeniu, wracamy po świętach i znów. Dzień będzie miał nastepujący plan- budzę się, otwieram oczy, zajęcia, praca, powrót, czytanie i sen, i znów zajęcia, praca, powrót, sen. W pon, w sob urozmaicenie w postaci zobaczenia ludzi, wyjścia na godz na piwo. Filmy znów przestaną istnieć. Ciągle praca. I tylko pytanie- po co? Jedziesz o 23 z Huty pustym tramwajem przez godzinę i.. kogo obchodzi czy dojedziesz spowrotem? Nikt się już nie martwi czy dasz radę, czy masz siłę, czy się nie boisz tak póżno, sama.. Po co to wszystko?
Trzeba się pakować- to coś, czego nie lubimy najbardziej.
niedziela, 1 kwietnia 2007
Grrrr..........
Ja naprawdę się staram ale jak tu się nie denerwować? Znów problemy z wejściem na www.filmweb.pl. Nie rozumiem. A chciałam tam wyszukać jakieś zdjęcia do tego,o czym będę pisać ale cóż..Ok, ktoś powie,że można z innej strony-prawda. Więc weszłam na jakieś film.pl i na film.wp i ...wybaczcie ludzie ale ja chce o filmach a nie reklamy (choć akurat na www.film.pl jest sporo textu-zdjeć ślady znikome).
Ale ale-wracam do zamierzenia. No więc w ostatnich dniach udało mi się zobaczyć 3filmy ( biorąc pod uwagę, że nie było wcześniej czasu nawet na zobaczenie Lostów bo..bo dużo-praca, nerwy, nauka, praca-to te 3filmy są niesamowitym osiągnięciem).
ILUZJONISTA-pojawił się sceptycyzm i dystans przed tym filmem. Porównania z Prestiżm były nieuchronne. Swoją drogą jak można być tak...Inaczej-producenci filmowi wiedzą dobrze o równoległych produkcjach. Z jakiejś przecież przyczyny Alexander z Leonardem DiC. odłożony został na pózniejszy czas-równolegle pojawił się ten z Colinem F. No więc wiedząc, że produkowany jest Prestiż jak mozna w tym samym niemal czasie wypuścić na rynek film osadzony w tych samych realiach historycznych (koniec XIX początek XX wieku), rozgrywający się w tym samym środowisku artystycznym? Widać można. Ale nie wydaje mi się to ..mądrym posunięciem- po jedym filmie z magikami można mieć przesyt tym tematem. Tym bardziej, gdy pierwszy na ekrany wszedł film Christophera Nolana (kogo powaliło Memento bedzie zachwycony, kto zauroczył się klimatem Batmana-Początek, doceni atmosferę Prestiżu). Zatem po takim pięknie nakręconym obrazie trudno mieć nadzieję, że w tym temacie można jeszcze zaskoczyć, wykorzystać go jakoś nie sprowadzając sztuczek i świata iluzjonistów do roli tła dla jakiejś innej, zupełnie nie związanej treściowo historyjki. Dlatego -wg mnie- Iluzjonista stracił wchodząc na ekrany w tym okresie. A szkoda (szkoda czy nie słusznie...nie wiem). Obraz Neila Burgera zrealizowany na podstawie książki Stevena Millhausera. Grający Edward Norton jest sobą. Trochę odizolowany od społeczeństwa, zamkniety we własnych fantazjach. Samotnik wśród ludzi (taki wilk stepowy). Jego iluzje..I tu jest właśnie pierwsza różnica w stosunku do Prestiżu- jego iluzje wynikają z natury, jakby mimowolnie i przy okazji czegoś innego. Są zabawą i sprawdzaniem własnych umiejętności-nie dążeniem do uznania za wszelką cenę; nie demonizują go ale sprawiają, że z szacunku schodzisz mu z drogi kłaniając się w pas. Wytwarza niesamowitą aurę rzucającą czar na cały film- wrażenie, iż ogląda się nieme kino. Jednak nie świat magii jest tematem głównym- raczej narzedziem do osiągnięcia celu-do walki o uczucie, o ukochaną osobę. (Taaa..Jeżeli dla kogoś uczucie ma wartość to może walczyć do upadłego, jesli miłość sama w sobie nic nie znaczy to nie pomoże nawet przysłowiowa Helena Trojańska-taka osoba zawsze uzna, że nie warto-prędzej czy pózniej). W zasadzie miłość, walka o nią, ucieczka przed tyranią i okrucieństwem, poszukiwanie prawdy i słusznego wyboru..wszystko to ładne i piekne w tym filmie ale gdyby nie iluzje, stworzyłoby to wszystko kolejną sztampową historię-łatwą do przewidzenia. Ale sztuczki własnie..nadały temu filmowi coś nieokreślonego ale miłego a motyw z pojawiającym sie spirytualizmem (zaraz pózniej Freud ze swoją psychoanalizą) sprawia, że ten film emanuje takim..dekadentyzmem? Ucieczka z cywilizacji i jej problemów do spokojnych gór i drzew? ("cóż jest piekniejszego,niż wysokie drzewa", "Mgły w dolinach Wierchcichych"...eh...).No i Uhl- urzędnik, będzie wierny systemowi monarszemu czy posłucha własnego rozsądku? Będzie podlegać rozkazom bez zastanowienia(bo to rozkazy) czy zacznie je kwestionować widząc ich bezpodstawnośc? A wracając do porównania z Prestiżem, film Neila Burgera jest opowieścią, w której teoretycznie każdy może wziąść udział, rozgrywającą się przed kurtyną pokazu iluzjonisty. Iluzja tu jest narzędziem w przecietnej historii miłosnej (fakt,że dającej złudną nadzieję, że dla miłości ktoś jest w stanie zdobyć się na prawdziwą walkę, zaryzykować wszystko, utracić wszystko-byle tylko zachować uczucie). Jest narzędziem niezwykłym, odwracającym uwagę od treści właściwej. Tak jakby pokazywać tarczę Achillesa, zachwycać się nad nią i przekazać ten zachwyt nad szczegółami innym, aby w ten sposób odwrócić ich uwagę od zwykłej walki w tle- walka jak walka, ale w żadnej innej nie wykorzystano takiej broni. A Prestiż..To jest przerażająca historia o kompletnym braku odpowiedzialności za innych, których wciągnęło sie we własne życie, historia o poświęceniu najcenniejszych wartości-miłości, przyjażni, wsparcia ze strony innych osób, zatracenia siebie samego w imię obłąkańczej chęci bycia najlepszym, obłąkańczej zemsty. Okropny świat, gdzie robi się coś w zaślepieniu po to, by na koniec uświadomić sobie nieszczęście wyrządzone osobom, które się kochało i swoje własne. Uznanie w oczach wroga to coś niesamowitego, dążenie do perfekcji jest godne pochwały, ale niszczenie wszystkiego po drodze....by obudzić się i stwierdzić, że nic sie już nie ma...Nie warto. O tym jest film Nolana. Jest świetny, wciągający, zaskakujący do ostatniej sekundy i przerażający w treści.
DREAMGIRLS-cóż...W zasadzie to tego nie można nazwać kinem z ambicjami, choć miał podobno służyć jako protest i dlatego 99% aktorów jest czarnoskóra ale..ja nie wiem kto w tych czasach zwraca na to uwagę? Mnogość narodów jest faktem, ludzie innego koloru skóry nie budzą już zdziwienia i takie mówienie o proteście...to jakby samemu wywoływało się chorego i ledwo dychającego wilka z lasu, by atakował zamiast normalnie żyć i cieszyć się, że wilk-rasizm-umiera. No, sorry, ale co chce manifestowac Beyonce (czy jak to się pisze?).Czy, że za mało zarabia bo jest ciemnoskóra? Przecież to nie prawda. I co to za manifest? Hair owszem, to był wyczyn. Pokazać środowisko hipisów, wolną miłość, dezercję, i równouprawnienie ras-to był manifest. Ale ...Sorry czy teraz wszystko będzie podciągane pod kategorię manifestu? Dreamgirls rozgrywa sie jakoś w latach '50 chyba, 60 może bardziej? To jest środowisko muzyczne tamtych lat- i proszę wybaczyć ale realia świata biznesu były jakie były-co tu manifestować? To jakby Chińczycy kręcili film o swojej kulturze i nazywali protestem obsadzenie w rolach Chińczyków-Chińczyków. Przepraszam-ale kto niby miałby grać??
Ale wracam do właściwej oceny a może najpierw, skąd taki film. A..bo Iza zasypia na wszystkim a przykładowe Memento musiałabym jej tłumaczyć co 5sek zamiast zachwycić się historią. No więc tak wyszło Dream..Nie trzeba przy tym rozważać (tak przynajmniej myślałam ale gdy tłumaczysz po pół godz niesamowicie prostego filmu kto jest kim...zaczynasz wątpić w inteligencję blondynek- chyba jestem złosliwa. No ale...Jak można? Aktorzy się nie zmienili!!!).Wracam do oceny. Zatem widowisko..ok, olśniewające przepychem, strojami..Muzyką przede wszystkim..Jemie Fox jest paskudnym sukinsynem w tym filmie-nawet jesli ma dobre chęci (dobre chęci?..Hm.....To za mało). Ale jest jeden niesamowity plus. Jennifer Hudson. Rany, jaki ta kobieta ma głos!!! A gdy śpiewa kawałek Jennifer Holliday And I Am Telling You to ja po prostu płaczę. Ok. I tak płaczę na tej piosence bo ma taki text, że..Tylko J.Holliday to raczej nie do ogladania-ta kobieta, delikatnie mówiąc, nie jest ładna. Ale głos.....Rewelacja.
Tak właśnie. I chciałabym bardzo zamiescić tu odnośnik na YouTube ale nie bardzo umiem to zrobić-tzn próbowałam ale jakoś mi nie wychodzi (i nie śmiać się bo kazdy umie co innego). No więc nie będzie odnośnika ale jak ktoś chce usłyszeć J.Holliday to szukać po tytule piosenki.
LABIRYNT FAUNA-hm.............
To jest historia...Inaczej może zacznę. Ostatnio pojawiły się myśli, czy zobaczę znowu taki film, który mnie poruszy, z którego wrażeniami będzie się chciało od razu się z kims podzielić, który-owszem-będzie trzeba przeżyć w środku ale też to, co wyniknie z przemysleń, bedzie trzeba komuś przekazać. No i proszę. Film prosty, ale jak piękny; muzycznie, wizualnie. Piekny jesli chodzi o historię- prosta, naturalna, ale doprawiona magią, baśniowością. Nie taką jednak, jak w Narnii, w Czarnoksiężniku z Ozz czy Alicjii w Krainie Czarów....Ta baśń jest jak z mrocznych opowiadań braci Grimm i Andersena (straszna historia o głowie ukochanego zakopanej w donicy, z której wyrastał piękny kwiat by łagodzić cierpienia dziewczyny..Kwiat elfów? Dziecię elfów? Nie pamietam tytułu ale przerażająca). Zatem taki własnie jest Labirynt. Bardzo dawno żaden film tak mnie nie... zaczarował -po prostu. Żaden nie sprawił, że zniknał dystans do obrazu, chłodna ocena ujęć, muzyki, prawdziwości historii, jej prawdopodobieństwa. Nie pamiętam kiedy było takie... słodkie " o rany, co teraz będzie" zamiast rzeczowego "no ciekawe, jak oni to rozwiążą". Może to naiwnośc i wiara w bajki wychodzi ze mnie? (dowodem na to może być chociażby moja ostatnia..wiara w pewne słowa, naiwnośc by ufać- może z tym filmem jest tak samo?).
Guillermo del Toro stworzył coś tak pięknego. Nad całym filmem jest atmosfera grozy, niebezpieczeństwa. Nie takiego, że zranisz się w palec wrzecionem, ale że zginiesz Ty lub ktoś, kogo kochasz. Ciągłe zagrożenie..Dwubiegunowość akcji- brutalny realizm świata obok brutalności fantazji, wyrzeczenia w świecie ludzi obok tych w świecie innych stworzeń. Tutaj inny świat nie jest ucieczką przed tym, co wyczyniają ludzie (okres końca II wojny świat.), lecz...czymś na kształt szukania-owszem-czegoś lepszego i bardziej wartościowego być może,czegoś, gdzie można sie uktyć przed tym, co robią ludzie, ale przejść trzeba przez rzeczy straszniejsze, żeby odnależć cel poszukiwań. Pytanie tylko, czy wybieramy drogę na skróty i łatwiejszą czy ryzykujemy i walczymy? W sumie historia jest prosta- i ta ludzi i ta, dotycząca innych stworzeń. Ale atmosfera, muzyka, faun, któremu przestajemy ufać, obrzydliwa postać jak z obrazów Beksińskiego, zabijane (rozgryzane) wróżki... To co wśród ludzi się rozgrywa..Sceny takie, że odwracam wzrok, zamykam oczy, kulę się i płaczę... To nie jest film dla dzieci. Ze względu na mroczność i brutalnośc niektórych scen, brutalnośc historii, prawd. Brak uczuć miesza się z miłością do kogoś obcego, czyste intencje z wyrachowaniem, odpowiedzialność za innych z totalnym brakiem szacunku dla innego człowieka. Gloryfikacja życia i poświęcenia dla drugiej osoby obok uprzedmiotowienia ludzi przez innych- też ludzi przecież. Wcale nie odkrywcza myśl, że aby odrodzić się na nowo, trzeba umrzeć (w sensie dosłownym i metafizycznym). Nie odkrywcza, ale zawsze zamykająca usta. Film tak wbijający się w środek, że trzeba się tym z kimś podzielic- i tu już probmem.
Tyle o fimach.
A z zabawnych rzeczy-w wiadomościach informacja, że w budynku Paderevianum coś się wali. Więc wszyscy do radia tylko jedna przytomna osoba (niestety nie ja), że dziś Prima Aprilis. Zabiję Kurkę- jak mozna tak na cudzej nadziei .....Eh. Ale jej się to udało i tu gratulacje dla niej :)
Ale ale-wracam do zamierzenia. No więc w ostatnich dniach udało mi się zobaczyć 3filmy ( biorąc pod uwagę, że nie było wcześniej czasu nawet na zobaczenie Lostów bo..bo dużo-praca, nerwy, nauka, praca-to te 3filmy są niesamowitym osiągnięciem).
ILUZJONISTA-pojawił się sceptycyzm i dystans przed tym filmem. Porównania z Prestiżm były nieuchronne. Swoją drogą jak można być tak...Inaczej-producenci filmowi wiedzą dobrze o równoległych produkcjach. Z jakiejś przecież przyczyny Alexander z Leonardem DiC. odłożony został na pózniejszy czas-równolegle pojawił się ten z Colinem F. No więc wiedząc, że produkowany jest Prestiż jak mozna w tym samym niemal czasie wypuścić na rynek film osadzony w tych samych realiach historycznych (koniec XIX początek XX wieku), rozgrywający się w tym samym środowisku artystycznym? Widać można. Ale nie wydaje mi się to ..mądrym posunięciem- po jedym filmie z magikami można mieć przesyt tym tematem. Tym bardziej, gdy pierwszy na ekrany wszedł film Christophera Nolana (kogo powaliło Memento bedzie zachwycony, kto zauroczył się klimatem Batmana-Początek, doceni atmosferę Prestiżu). Zatem po takim pięknie nakręconym obrazie trudno mieć nadzieję, że w tym temacie można jeszcze zaskoczyć, wykorzystać go jakoś nie sprowadzając sztuczek i świata iluzjonistów do roli tła dla jakiejś innej, zupełnie nie związanej treściowo historyjki. Dlatego -wg mnie- Iluzjonista stracił wchodząc na ekrany w tym okresie. A szkoda (szkoda czy nie słusznie...nie wiem). Obraz Neila Burgera zrealizowany na podstawie książki Stevena Millhausera. Grający Edward Norton jest sobą. Trochę odizolowany od społeczeństwa, zamkniety we własnych fantazjach. Samotnik wśród ludzi (taki wilk stepowy). Jego iluzje..I tu jest właśnie pierwsza różnica w stosunku do Prestiżu- jego iluzje wynikają z natury, jakby mimowolnie i przy okazji czegoś innego. Są zabawą i sprawdzaniem własnych umiejętności-nie dążeniem do uznania za wszelką cenę; nie demonizują go ale sprawiają, że z szacunku schodzisz mu z drogi kłaniając się w pas. Wytwarza niesamowitą aurę rzucającą czar na cały film- wrażenie, iż ogląda się nieme kino. Jednak nie świat magii jest tematem głównym- raczej narzedziem do osiągnięcia celu-do walki o uczucie, o ukochaną osobę. (Taaa..Jeżeli dla kogoś uczucie ma wartość to może walczyć do upadłego, jesli miłość sama w sobie nic nie znaczy to nie pomoże nawet przysłowiowa Helena Trojańska-taka osoba zawsze uzna, że nie warto-prędzej czy pózniej). W zasadzie miłość, walka o nią, ucieczka przed tyranią i okrucieństwem, poszukiwanie prawdy i słusznego wyboru..wszystko to ładne i piekne w tym filmie ale gdyby nie iluzje, stworzyłoby to wszystko kolejną sztampową historię-łatwą do przewidzenia. Ale sztuczki własnie..nadały temu filmowi coś nieokreślonego ale miłego a motyw z pojawiającym sie spirytualizmem (zaraz pózniej Freud ze swoją psychoanalizą) sprawia, że ten film emanuje takim..dekadentyzmem? Ucieczka z cywilizacji i jej problemów do spokojnych gór i drzew? ("cóż jest piekniejszego,niż wysokie drzewa", "Mgły w dolinach Wierchcichych"...eh...).No i Uhl- urzędnik, będzie wierny systemowi monarszemu czy posłucha własnego rozsądku? Będzie podlegać rozkazom bez zastanowienia(bo to rozkazy) czy zacznie je kwestionować widząc ich bezpodstawnośc? A wracając do porównania z Prestiżem, film Neila Burgera jest opowieścią, w której teoretycznie każdy może wziąść udział, rozgrywającą się przed kurtyną pokazu iluzjonisty. Iluzja tu jest narzędziem w przecietnej historii miłosnej (fakt,że dającej złudną nadzieję, że dla miłości ktoś jest w stanie zdobyć się na prawdziwą walkę, zaryzykować wszystko, utracić wszystko-byle tylko zachować uczucie). Jest narzędziem niezwykłym, odwracającym uwagę od treści właściwej. Tak jakby pokazywać tarczę Achillesa, zachwycać się nad nią i przekazać ten zachwyt nad szczegółami innym, aby w ten sposób odwrócić ich uwagę od zwykłej walki w tle- walka jak walka, ale w żadnej innej nie wykorzystano takiej broni. A Prestiż..To jest przerażająca historia o kompletnym braku odpowiedzialności za innych, których wciągnęło sie we własne życie, historia o poświęceniu najcenniejszych wartości-miłości, przyjażni, wsparcia ze strony innych osób, zatracenia siebie samego w imię obłąkańczej chęci bycia najlepszym, obłąkańczej zemsty. Okropny świat, gdzie robi się coś w zaślepieniu po to, by na koniec uświadomić sobie nieszczęście wyrządzone osobom, które się kochało i swoje własne. Uznanie w oczach wroga to coś niesamowitego, dążenie do perfekcji jest godne pochwały, ale niszczenie wszystkiego po drodze....by obudzić się i stwierdzić, że nic sie już nie ma...Nie warto. O tym jest film Nolana. Jest świetny, wciągający, zaskakujący do ostatniej sekundy i przerażający w treści.
DREAMGIRLS-cóż...W zasadzie to tego nie można nazwać kinem z ambicjami, choć miał podobno służyć jako protest i dlatego 99% aktorów jest czarnoskóra ale..ja nie wiem kto w tych czasach zwraca na to uwagę? Mnogość narodów jest faktem, ludzie innego koloru skóry nie budzą już zdziwienia i takie mówienie o proteście...to jakby samemu wywoływało się chorego i ledwo dychającego wilka z lasu, by atakował zamiast normalnie żyć i cieszyć się, że wilk-rasizm-umiera. No, sorry, ale co chce manifestowac Beyonce (czy jak to się pisze?).Czy, że za mało zarabia bo jest ciemnoskóra? Przecież to nie prawda. I co to za manifest? Hair owszem, to był wyczyn. Pokazać środowisko hipisów, wolną miłość, dezercję, i równouprawnienie ras-to był manifest. Ale ...Sorry czy teraz wszystko będzie podciągane pod kategorię manifestu? Dreamgirls rozgrywa sie jakoś w latach '50 chyba, 60 może bardziej? To jest środowisko muzyczne tamtych lat- i proszę wybaczyć ale realia świata biznesu były jakie były-co tu manifestować? To jakby Chińczycy kręcili film o swojej kulturze i nazywali protestem obsadzenie w rolach Chińczyków-Chińczyków. Przepraszam-ale kto niby miałby grać??
Ale wracam do właściwej oceny a może najpierw, skąd taki film. A..bo Iza zasypia na wszystkim a przykładowe Memento musiałabym jej tłumaczyć co 5sek zamiast zachwycić się historią. No więc tak wyszło Dream..Nie trzeba przy tym rozważać (tak przynajmniej myślałam ale gdy tłumaczysz po pół godz niesamowicie prostego filmu kto jest kim...zaczynasz wątpić w inteligencję blondynek- chyba jestem złosliwa. No ale...Jak można? Aktorzy się nie zmienili!!!).Wracam do oceny. Zatem widowisko..ok, olśniewające przepychem, strojami..Muzyką przede wszystkim..Jemie Fox jest paskudnym sukinsynem w tym filmie-nawet jesli ma dobre chęci (dobre chęci?..Hm.....To za mało). Ale jest jeden niesamowity plus. Jennifer Hudson. Rany, jaki ta kobieta ma głos!!! A gdy śpiewa kawałek Jennifer Holliday And I Am Telling You to ja po prostu płaczę. Ok. I tak płaczę na tej piosence bo ma taki text, że..Tylko J.Holliday to raczej nie do ogladania-ta kobieta, delikatnie mówiąc, nie jest ładna. Ale głos.....Rewelacja.
Tak właśnie. I chciałabym bardzo zamiescić tu odnośnik na YouTube ale nie bardzo umiem to zrobić-tzn próbowałam ale jakoś mi nie wychodzi (i nie śmiać się bo kazdy umie co innego). No więc nie będzie odnośnika ale jak ktoś chce usłyszeć J.Holliday to szukać po tytule piosenki.
LABIRYNT FAUNA-hm.............
To jest historia...Inaczej może zacznę. Ostatnio pojawiły się myśli, czy zobaczę znowu taki film, który mnie poruszy, z którego wrażeniami będzie się chciało od razu się z kims podzielić, który-owszem-będzie trzeba przeżyć w środku ale też to, co wyniknie z przemysleń, bedzie trzeba komuś przekazać. No i proszę. Film prosty, ale jak piękny; muzycznie, wizualnie. Piekny jesli chodzi o historię- prosta, naturalna, ale doprawiona magią, baśniowością. Nie taką jednak, jak w Narnii, w Czarnoksiężniku z Ozz czy Alicjii w Krainie Czarów....Ta baśń jest jak z mrocznych opowiadań braci Grimm i Andersena (straszna historia o głowie ukochanego zakopanej w donicy, z której wyrastał piękny kwiat by łagodzić cierpienia dziewczyny..Kwiat elfów? Dziecię elfów? Nie pamietam tytułu ale przerażająca). Zatem taki własnie jest Labirynt. Bardzo dawno żaden film tak mnie nie... zaczarował -po prostu. Żaden nie sprawił, że zniknał dystans do obrazu, chłodna ocena ujęć, muzyki, prawdziwości historii, jej prawdopodobieństwa. Nie pamiętam kiedy było takie... słodkie " o rany, co teraz będzie" zamiast rzeczowego "no ciekawe, jak oni to rozwiążą". Może to naiwnośc i wiara w bajki wychodzi ze mnie? (dowodem na to może być chociażby moja ostatnia..wiara w pewne słowa, naiwnośc by ufać- może z tym filmem jest tak samo?).
Guillermo del Toro stworzył coś tak pięknego. Nad całym filmem jest atmosfera grozy, niebezpieczeństwa. Nie takiego, że zranisz się w palec wrzecionem, ale że zginiesz Ty lub ktoś, kogo kochasz. Ciągłe zagrożenie..Dwubiegunowość akcji- brutalny realizm świata obok brutalności fantazji, wyrzeczenia w świecie ludzi obok tych w świecie innych stworzeń. Tutaj inny świat nie jest ucieczką przed tym, co wyczyniają ludzie (okres końca II wojny świat.), lecz...czymś na kształt szukania-owszem-czegoś lepszego i bardziej wartościowego być może,czegoś, gdzie można sie uktyć przed tym, co robią ludzie, ale przejść trzeba przez rzeczy straszniejsze, żeby odnależć cel poszukiwań. Pytanie tylko, czy wybieramy drogę na skróty i łatwiejszą czy ryzykujemy i walczymy? W sumie historia jest prosta- i ta ludzi i ta, dotycząca innych stworzeń. Ale atmosfera, muzyka, faun, któremu przestajemy ufać, obrzydliwa postać jak z obrazów Beksińskiego, zabijane (rozgryzane) wróżki... To co wśród ludzi się rozgrywa..Sceny takie, że odwracam wzrok, zamykam oczy, kulę się i płaczę... To nie jest film dla dzieci. Ze względu na mroczność i brutalnośc niektórych scen, brutalnośc historii, prawd. Brak uczuć miesza się z miłością do kogoś obcego, czyste intencje z wyrachowaniem, odpowiedzialność za innych z totalnym brakiem szacunku dla innego człowieka. Gloryfikacja życia i poświęcenia dla drugiej osoby obok uprzedmiotowienia ludzi przez innych- też ludzi przecież. Wcale nie odkrywcza myśl, że aby odrodzić się na nowo, trzeba umrzeć (w sensie dosłownym i metafizycznym). Nie odkrywcza, ale zawsze zamykająca usta. Film tak wbijający się w środek, że trzeba się tym z kimś podzielic- i tu już probmem.
Tyle o fimach.
A z zabawnych rzeczy-w wiadomościach informacja, że w budynku Paderevianum coś się wali. Więc wszyscy do radia tylko jedna przytomna osoba (niestety nie ja), że dziś Prima Aprilis. Zabiję Kurkę- jak mozna tak na cudzej nadziei .....Eh. Ale jej się to udało i tu gratulacje dla niej :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
